Dzisiaj wszyscy o ślubie, więc nie będę się wyłamywał. Z tym, że ja o swoim. A właściwie nie o ślubie, tylko o weselu, a konkretnie o tej jednej piosence, podczas której młoda para samotnie kompromituje się na parkiecie.
Otóż z małżonką mą obecną, a ówczesną konkubiną, podeszliśmy do kwestii wesela z umiarkowanym entuzjazmem, traktując je raczej jako dług wobec rodziców za to, że podcierali nam zadki, dokarmiali i posyłali do szkół, niż uroczystość, która nam samym do szczęścia byłaby potrzebna. Pozwoliliśmy więc rzeczonym rodzicom decydować o szczegółach przyjęcia, w tym – o chwilo nieszczęsna! – o wyborze zespołu muzycznego, który miałby nam przygrywać do tańca. Wyszedłem bowiem z założenia, słusznego niestety, że jest to wybór pomiędzy dżumą a cholerą, więc po co się wysilać…
Pewnego dnia jednak zadzwonił do mnie tata i zapytał, co chcemy mieć zagrane do pierwszego tańca.
- Wszystko jedno.
- Nie może być wszystko jedno, musicie wybrać.
- Wszystko jedno.
- W porządku, to orkiestra proponuje… – i tu padł jakiś tytuł, który zmroził mi krew w żyłach.
- Nie, nie! To już niech zagrają “Mario Magdaleno” Happy End, tak będzie dobrze – zaproponowałem. Następnego dnia tata zadzwonił z potwierdzeniem. Znają. Zagrają. Spoko, mam to z głowy.
Tu mała dygresja. Otóż “Ballada o Marii Magdalenie” była wówczas – albo trochę wcześniej, kiedy jeszcze byliśmy na studiach – późnonocnym hitem w nieodżałowanym Teatrze Bückleina, pięknym przybytku nieopodal krakowskiego dworca, gdzie odbywały się niezapomniane koncerty i spektakle oraz zwykle szybko zapominane imprezy, i gdzie z moją obecnie szanowną małżonką chętnie bywaliśmy. Kiedy już wybrzmiały ówczesne nowinki (jakieś Prodigy na ten przykład), DJ puszczał Happy End i kto jeszcze był w stanie wstać od stolika, ruszał w tany… Miało to pięknie alternatywny smaczek, bo w połowie lat 90. nie było jeszcze mody na PRL, ani “Wideoteki dorosłego człowieka”, ani tym bardziej reedycji hitów sprzed lat, więc taki repertuar w klubach był naprawdę rzadkością.
Zamówiłem więc “Balladę o Marii Magdalenie”, bo lubiliśmy, bo nam się dobrze kojarzyła. Zresztą, co miałem u tych weselnych muzykantów zamówić? “Heroes”?!
Nadeszła godzina W. Jak wesele. I przyszedł czas pierwszego tańca.
Ale zaraz, zaraz, nic tu się nie zgadza. Owszem, niektóre nuty brzmią znajomo, ale połowa wyfraczonego kwartetu gra coś zupełnie innego. Depczę więc małżonkę i jednocześnie robię wściekłe miny do muzykantów – gdyby wzrok mógł zabijać, leżeliby już z poderżniętymi gardłami. Band-leader pąsowieje, wygląda na równie zdezorientowanego co my, ale za cholerę nie potrafi zapanować nad sytuacją, bo widocznie nie taki z niego lider, jak go malują. Potykamy się więc z żoną o siebie przez kilka minut, rozpaczliwie wsłuchując w kulejący rytm i dziwaczne dysharmonie… i jakoś docieramy do finału. Co się okazało? Otóż część zespołu przygotowała “Balladę o Marii Magdalenie”, tak jak prosiłem, ale za to druga część była święcie przekonana, że chodzi o “Annę Marię” Czerwonych Gitar – i to nam zagrała. Odsłuchów oczywiście nie było, więc zanim się połapali, minęło pół piosenki, a przez drugie pół próbowali jakoś się odnaleźć, nie wiedząc czy to oni dali ciała, czy może jednak tamci…
Gdybym dzisiaj miał wybierać orkiestrę na wesele, oddałbym wszelkie pieniądze za Mitch & Mitch. Serio. Mam nadzieję, że chłopaki się za to wyznanie nie obrażą, ale sądzę, że to jest jedyny band, który tak cudnie łączy środowiska, gusta i pokolenia
A drugi – albo nawet równorzędny – wybór, to Richard Cheese. Nie byłoby problemu z zagryzającymi się Mariami, gdybyśmy w pierwszy nasz taniec ruszyli w takt tego:
8 Comments
Co ja bym dał, żeby być na Waszym weselu
A dobrze wiem co potrafisz wyczyniać na parkiecie… Wprawdzie jeden z elementów performance już odpada (włosy) ale nie wybrzydzałbym.
już niedługo będziemy obchodzić złote gody, to zrobimy powtórkę z rozrywki
a może chodziło im o tę pieśń?
http://www.youtube.com/watch?v=1KIQsOR4GTs – albo o tą? http://www.youtube.com/watch?v=MGDAIGHb2T0
a tak na serio, to może faktycznie zrobiliście dobrze, że oddaliście decyzję rodzicom. Myśmy z małżonką (nb. Magdaleną
) wybierali spośród kilku zespołów, w końcu wybraliśmy jeden, któremu przedstawiliśmy nasze niezbyt wygórowane życzenia (np. żadnych prostackich zabaw, wszystkie sami mieliśmy zatwierdzić, nie dla gorzkiej wódki dla świadków, bo świadek żonaty, żadnej “Windy do nieba”), a i tak wyszło jak sobie państwo artyści zamamili. I momentami wychodziło głupio, ale i tak nie udało im się nam zepsuć wesela
problem pierwszego tańca można rozwiązać np. tak: http://www.youtube.com/watch?v=21F7FP3_54M
Richard Cheese cudowny! Dzięki za “namiar”.
Co do wesel, to może same w sobie nie są takie złe… Jednak ta nasza typowa polska otoczka, czytaj oczekiwania wszelakiej maści ciotek i wujków, działają zabójczo. No i dobrze, że tutaj pojawiają się rodzicie, bo inaczej każde wesele przyczyniało by się do nagłego rozpadu szeroko rozumianych stosunków rodzinnych
Ja chcę mieć na pierwszy taniec:
Piękna, nie?
Richard Cheese wymiata, pełna zgoda. Przeróbka “Me So Horny” The 2 Live Crew też dałaby radę. Ewentualnie “Jesienna deprecha” zespołu Kury, ale w wersji z “P.O.L.O.V.I.R.U.S.a”, z wokalem Radowana Jacuniaka.
Właściwie to mogę powtórzyć to, co kiedyś u Bartka Chacińskiego napisałem. Chyba właśnie ten kawałek Cheese’a mu polecałem, ale na wesele to musiałby wpaść Rank Sinatra i zaśpiewać “Beautiful” Aguilery:

Tylko gdzie ja znajdę żonę, która się na to zgodzi?
Za to na przyjęcia urodzinowe dzieciaków zapraszałbym Billa Hicksa – gdyby żył. Za końcowe słowa:
Wzięło mnie na takie przemyślenia po tym, jak kolega sobie zażyczył, żeby na koniec ślubu kościelnego (gdy będzie już z małżonką zmierzał do wyjścia) puścili mu “All You Need Is Love” The Beatles. Podobno część zgromadzonych była zniesmaczona, gdy to usłyszała.