Podczas zwyczajowego, coweekendowego buszowania w empiku odkryłem pierwszy numer „Lśnienia”, magazynu dla miłośników horrorów. Miło wiedzieć, że są gdzieś inni szaleńcy, od razu człowiekowi lżej na duszy. Niewiele zdążyłem przeczytać, tylko wywiad z egzorcystą w kolejce do fryzjera przerzuciłem (no co, z synem byłem…) i bardzo ubawiło mnie jego biadolenie na fakt, że ludzie nadmiernie interesują się satanizmem, okultyzmem i ezoteryką. Wyrażone – że przypomnę – w ogranie dla fanatyków horroru… To coś jak moje narzekanie na zgubny wpływ Internetu na kulturę, artykułowane na tym blogu ![]()
A redakcji “Lśnienia” oczywiście życzę wytrwałości i sukcesu!
Za kilka minut zadzieram kiecę i lecę zobaczyć Seweryna Krajewskiego live. Rzadka to okazja i przepuścić jej nijak nie mogę. I liczę na coś znacznie więcej, niż seans spirytystyczny.
7 Komentarze
Krajewski to gigant! Gdyby nie on miałbym inaczej na imię
Może nie pamiętasz, ale w zeszłym roku padło Czachopismo – inny magazyn dla horrormaniaków [4 czy 5 numerów chyba wyszło]
Luźne skojarzenie z egzorcystą: Hammerfall nagrał kawałek zatytułowany “Legion” (z tekstem nawiązującym do wiadomego filmu) który bawi mnie ile razy go usłysze, bo powiedzcie jak można wymyslić aby kwestię “my name is Le-e-gioon” zaśpiewać falsecikiem
) Normalnie mrok.
) Miłego koncertu, Oby Ci tylko ktoś nie sypnął Piaskiem po oczach
Niedawno nagrałem koleżance zestaw hitów Krajewskiego do użytku w ramach muzykoterapii – ponoć świetnie się sprawdził
Zakupiłem dzisiaj to pisemko, zobaczymy, ile jest warte
Panie Jarku
Nowy Slayer od dawna na sklepowych półkach, a u Pana cisza jak po śmierci organisty …
koncert S.Krajewskiego to jak spotkanie ok-w-oko z Leninem.
p.Yanushu: przy dobrym nastroju każde miauknięcie Hammerfall mnie śmieszy, w innym przypadku ciskam mięsem o ścianę i wychodzę. Z siebie.
p.Niedźwiedziu, ja z tych którzy startowali w temacie od ekip typu Helloween więc miauknięcia Hammerfalla mieszczą się jeszcze spokojnie w granicach tolerancji a sama kapela MIAŁA u mnie “dodatkowe punkty” za to, że wystartowali z tym w czasie gdy generalnie takie granie było głęboko gdzieś. Potem to i ja vomitowałem na wieść o każdej kolejnej niewiele wnoszącej super-grupie złożonej zwykle z piskacza i starych pryków których wszystkie precyzyjnie odegrane nutki miały razem wzięte tyle rebelii co moje skarpetki po upalnym dniu.
A Slayer? Wchodzi gładko bo jest bardziej jednolity od poprzedniego, gdzie część kawałków była wyraźnie robiona pod “stary styl” a część “współczesna” i dla mnie akurat średnio strwana. Wybitne dzieło to nie jest i pewno cieszy też trochę na zasadzie “dodatkowych punktów za pochodzenie” ale z drugiej strony kiedy cos jest zupełnie nie w moim guście to żaden sentyment sytuacji nie ratuje bo nie dam rady sobie wmówić, że coś jest fajne gdy puszczam któryś raz i mnie nie rusza. Jak “God hates us all” na przykład … albo cała masa płyt Hammerfall